niedziela, 18 lutego 2018

12. urodziny :)



Dwanaście lat temu,18. lutego 2006 roku, punktualnie o 9.05 na świat przyszła największa Radość mojego życia - Agula. Szczerze mówiąc, to jej samej nie za bardzo się spieszyło z przyjściem, dlatego została niejako zmuszona do pojawienia się. Nie do końca kojarzę, co się wtedy działo, bo miałam cesarskie cięcie pod narkozą, ale babcia Krysia była z nią od samego początku. Zbyt urodziwa nie była, za to z czasem stawała się coraz piękniejsza :) Była dosyć duża, bo miała 59cm i 3970g. I była najspokojniejszym dzieckiem na świecie. Cały czas jadła i spała, niemal od początku przesypiając całą noc. Wtedy wszyscy mówili, że mam się cieszyć, że mam tak grzeczne dziecko. Dzisiaj wiem, że był to jeden z pierwszych objawów jej życiowego towarzysza - Retta.
Pojawienie się Agaty zmieniło kompletnie wszystko. Nieźle nam wszystkim namieszała i pozmieniała plany, ale teraz, po dwunastu latach mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie zamieniłabym tych lat na nic innego. Agata jest najcudowniejszą częścią mojego życia. Z Rettem czy bez, zawsze kochana równie mocno. Od samego początku miała pod górkę, bo dostała w gratisie niepełną rodzinę - mamę, babcię Krysię, dziadka Jurka i ciocię Michaśkę (po czasie także Michasiowego Kamila oraz Piotrka, brata Kamila). Niestety tej drugiej części od samego początku brakuje. Jednak tony miłości jakie codziennie od dwunastu lat otrzymuje od tych kilku osób rekompensują całe zło i niesprawiedliwość. Bo tak naprawdę ona niczemu nie jest winna. To że ma Retta, to nie jej wina. Ona sobie takiego życia nie wybrała. Ona najbardziej na świecie chce być kochana i nade wszystko akceptowana mimo swojej niepełnosprawności, mimo pewnych braków, niemożności wypowiadania słów, złośliwej padaki, czy trzęsącego ciała. I gwarantuję Wam, że tak jest. Agata jest najbardziej kochanym, uwielbianym i rozpieszczanym dzieckiem jakie znam. Ona wszystkich nas rozstawia po kątach, ma być tak jak tego chce, bo inaczej jest obraza majestatu i wielki foch. A my, jej najbliżsi, chyba żeby w jakimś stopniu zrekompensować i Retta i bycie nie do końca akceptowaną i chcianą, przez ojca i drugą część rodziny, pozwalamy jej na wszystko, żeby widzieć uśmiech i szczęście na jej twarzy. Agata nie ma możliwości zabawy z kuzynami i wujkami, bo ci najbliżsi nie rozumieją jej inności i nigdy nie włączyli jej do swojego grona, a ci dalsi są za daleko (ale jak tylko mamy okazję się spotkać, to nigdy nie ma podziału na zdrowe i chore dzieci, zawsze wszyscy w pełni akceptują Agatę i się jej po prostu nie boją). Być może jeśli Aga doczeka się dzidziusia ukochanego wujostwa, nadrobi wreszcie te lata bycia rozpieszczoną jedynaczką i zacznie się uczyć dzielenia Miłością.
Dzisiaj, w dniu jej urodzin, kolejny raz przekonałam się, że "Rodzina to nie zawsze więzy krwi, a ludzie, którzy chcą, żebyś był częścią ich życia, akceptują cię takiego jakim jesteś, którzy zrobią wszystko, by zobaczyć twój uśmiech i kochają cię bez względu na wszystko". I rzeczywiście tak jest, bo pewne braki rekompensują Agacie osoby, z którymi nie łączy ją wspólne DNA. Na przykład koledzy (Piotruś, Wiki, Ewka, Pawełek, Kuba) i personel z OREW (Madzia, Kornelia, Sylwia, Gosia, Aśka, Monika, Paula, Ilona, Konrad, Piotrek), którzy w piątek zrobili jej takie urodziny, że wczoraj aż je odchorowała. Tort, balony, sto lat, prezenty, zabawa i to wszystko takie naturalne, niewymuszone - coś pięknego :) Poza tym wszyscy, którzy pamiętali i wysłali jej życzenia, przyszli na Mszę w jej intencji, przynieśli drobne upominki (wybaczcie, że nie wymieniam imiennie, ale gdybym zaczęła, to ten post nigdy by się nie skończył). Agata utonęła w prezentach, uściskach i całusach. I choć nie może tego głośno i wyraźnie powiedzieć, ja doskonale wiem, że jest zachwycona, wzruszona, po prostu przeszczęśliwa, bo dla kogoś jest tak ważna!
Na końcu nie mogłabym nie napisać o Oliwce. Prezent od niej, piękna ręcznie robiona laurka, nie tylko najbardziej ze wszystkich prezentów spodobał się Agacie, ale wzruszył także mnie. Kompletnie obca dziewczynka, która polubiła Agatę sama z siebie. Sama do niej pierwsza podeszła, usiadła w ławce kościelnej i już tak została. Która nie ucieka, kiedy Agata krzyknie, albo leci jej ślina, bo się akurat "zawiesiła". Która pozwala się dotknąć, złapać za rękę, cierpliwie czeka, aż Aga przestanie bawić się jej czapką. Która jest i nie ucieka od inności. Która po prostu ją lubi i to z wzajemnością. Ogromną wzajemnością. Kiedy patrzę na Agatę i Oliwkę, siedzące razem, trzymające się za ręce, albo jak dzisiaj, biegnące razem na ofiarę, to widzę, że w jakimś stopniu, w innym wymiarze, moje dziecko, przecudowne najukochańsze dziecko ma przyjaciółkę. 
Jeszcze raz wszystkim Wam ogromnie dziękuję!! I w imieniu Solenizantki przesyłam urodzinowe buziaki :*





















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz